10 lutego 2013

Domeny narodowe: Świat na wyciągnięcie ręki

Domeny narodowe: Świat na wyciągnięcie ręki

Autorem artykułu jest Grzegorz Miłkowski


Niemcy, Wielka Brytania, Indie, a może egzotyczne Tuvalu? Teraz każdy może mieć adres nawet w najodleglejszym zakątku globu. Internet likwiduje wszelkie granice, jednak czy aby na pewno? Niemcy, Wielka Brytania, Indie, a może egzotyczne Tuvalu? Teraz każdy może mieć adres nawet w najodleglejszym zakątku globu. Internet likwiduje wszelkie granice, jednak czy aby na pewno? Czasami tam gdzie znikają ograniczenia obecne w tzw. „realu”, pojawiają się całkiem inne - wirtualne, ale równie skuteczne.

Aktywna działalność na polu marketingu internetowego nie jest już tylko fanaberią, lecz standardem, który powinien być przestrzegany przez wszystkich, którzy poważnie myślą o obecności w Sieci. Ostatnie lata przyniosły ze sobą błyskawiczny rozwój Internetu, co miało swoje odbicie m.in. w lawinowym wzroście rejestracji adresów internetowych. Znalezienie dobrze brzmiącej, interesującej, prostej i, co najważniejsze, ciągle wolnej nazwy graniczy dziś z cudem. Stwierdzenie to jest oczywiście wszechobecnym banałem, jednakże warto było je przytoczyć w kontekście ciągłej ewolucji i rozwoju rynku domen internetowych.

Chcąc zarejestrować własny adres, często okazuje się, że nasza wymarzona nazwa, z rozszerzeniem .PL, jest już dawno zajęta. Można wtedy próbować „uciekać” w adres z końcówką .COM.PL, .BIZ, .NET, .ORG, lub .EU, ale często i tutaj ciekawe propozycje są niedostępne. Na szczęście Internet daje duże możliwości manewru na tym polu, ciągle nieodkryte przez większość użytkowników Sieci - mowa o domenach narodowych. Są to domeny najwyższego poziomu, przydzielone poszczególnym krajom, Polsce - .PL, Niemcom - .DE, Włochom - .IT, Grecji - .GR, itd. Nie wszystkie jednak skróty pochodzą od nazw państw i oficjalnych języków, gdyż np. w przypadku adresu szwajcarskiego, rozszerzenie .CH ma swoje źródło w łacińskim zwrocie Confoederatio Helvetica (Konfederacja Szwajcarii).

Po domenę do Tuvalu

Część polskich firm, zajmujących się rejestracją domen internetowych, udostępnia w swojej ofercie zagraniczne adresy, które mogą być kupowane na podobnych zasadach jak ich polski odpowiednik .PL. Jaki jest jednak sensu interesowania się adresem obcego kraju, gdy w planach nie mamy działalności skierowanej do mieszkańców tegoż zakątka globu? Otóż wśród niektórych rozszerzeń można znaleźć prawdziwe perełki, które, po odpowiednim dobraniu do nich nazwy, staną się oryginalnie brzmiącym sloganem. Przykładów nie trzeba daleko szukać, gdyż pełno ich na naszym polskim internetowym podwórku. Wystarczy zerknąć na strony polskich rozgłośni radiowych, często wybierających domenę Mikronezji, która kończy się literami .FM. Tworzą dzięki temu łatwo zapadające w pamięć adresy, jak np. rmf.fm, tok.fm, itp. Podobny zabieg zastosowały również niektóre stacje telewizyjne, wybierając rozszerzenie będące własnością Tuvalu, czyli .TV. Jednakże w tym przypadku m.in. TVN (tvn.tv) oraz Polsat (polsat.tv), zdecydowały się uczynić z takich domen adresy wspomagające, które przekierowują do właściwej lokalizacji. Najświeższym przykładem wykorzystania końcówki .TV jest tytuł nowego programu Macieja Mazura w telewizji TVN24, który brzmi identycznie, jak związana z nim domena - Publiczna.tv.

Niektórzy rzucają kłody pod nogi

Rejestrując adresy internetowe obcych państw trzeba mieć jednak świadomość pewnych restrykcji dotyczących niektórych domen narodowych. Zwykle zakup nie wiąże się z żadnymi dodatkowymi obciążeniami, niż te które jesteśmy zmuszeni ponieść w przypadku zdecydowania się na standardowe rozwiązanie (czyli adres .PL, .COM, czy .ORG), jednakże w pewnych przypadkach trzeba liczyć się z dosyć oryginalnymi ograniczeniami lub utrudnieniami. Jednym z ciekawszych tego typu przykładów są domeny chińskie (.CN), które objęte są wieloma restrykcjami ustalonymi przez China Internet Network Information Center (CNNIC). Niektóre chińskie nazwy mogą być w efekcie zabronione jeśli godzą w konstytucję Chin i narodu chińskiego, zakłócają porządek publiczny, rozprzestrzeniają pornografię, terroryzm lub treści niezgodne z chińskim kodeksem prawnym. Ciężko np. w związku z tym wyobrazić sobie domenę HumanRightsInChina.cn, gdyż prawdopodobnie zgodna na taką nazwę nie zostałaby udzielona. W sankcjach dotyczących zakazów umieszczania pewnych treści pod adresami narodowymi nie specjalizuje się oczywiście wyłącznie Państwo Środka. Również Armenia nie daje wolnej ręki rejestrującym, całkowicie zabraniając umieszczania na swojej domenie .AM wszelkich stron zawierających materiały erotyczne.

Restrykcjami nie są objęte tylko domeny dalekich państw, na ograniczenia można się również natknąć w naszej części świata, np. w Ukrainie. Wydawać by się mogło, że kraj, który leży „za miedzą” nie będzie wprowadzał żadnych utrudnień podczas rejestracji adresu internetowego, jednakże w przypadku naszych wschodnich sąsiadów nie jest tak różowo, jakby mogło się wydawać. Domenę .UA zarejestrować mogą tylko podmioty, które mają zastrzeżony znak handlowy w tym państwie, w związku z czym dostępna jest tylko dla dużych przedsiębiorstw, dla których rozszerzenie nie będzie jedynie kwiatkiem do kożucha, ale realnym elementem promocji. Dodatkowym obostrzeniem jest konieczność uzasadnienia wyboru proponowanej nazwy. Dla pozostałych osób zainteresowanych ukraińskim adresem przeznaczono domeny funkcjonalne - .COM.UA lub .ORG.UA, które pozbawione są tych restrykcji.

Również Islandia (.IS) oraz Bułgaria (.BG) ograniczyły możliwość rejestracji swoich domen. Firmy zagraniczne, które chcą kupić nazwę z islandzkim rozszerzeniem, muszą mieć swoje lokalne przedstawicielstwo na terenie tego kraju. Bułgaria wymaga natomiast legitymowania się zastrzeżonym znakiem towarowym. Dodatkowo przedsiębiorstwa mogą rejestrować tylko adres, będący nazwą firmy lub jej skrótem.

Nie taki diabeł straszny…

Nie należy się jednak zniechęcać wymienionymi powyżej przykładami restrykcji, gdyż przytłaczająca większość domen narodowych pozbawiona jest jakichkolwiek ograniczeń, uniemożliwiających przeciętnemu Kowalskiemu wejście w posiadanie adresu internetowego z drugiego końca świata. Rejestracja odbywa się wówczas na zasadach niemalże analogicznych do tych, obowiązujących w przypadku standardowych domen. Ewelina Jaworska z Centrum Obsługi Klienta 2BE.PL zwraca jednak uwagę na cechy niektórych domen narodowych, które należy poznać zanim zdecydujemy się na wybór jednej z nich. Możemy dzięki temu oszczędzić sobie niepotrzebnego stresu:
- Osoby zainteresowane rejestracją domen narodowych powinny zwracać uwagę na odmienną specyfikę każdej domeny, zależną od państwa do którego jest ona przypisana. Najwięcej nieporozumień wśród naszych klientów wywołuje czas potrzebny na doprowadzenie procedury do końca - mówi Ewelina Jaworska z 2BE.PLW niektórych przypadkach wszystko odbywa się automatycznie i nowy adres internetowy jest aktywny po paru minutach, czasami jednak, z uwagi na wymagania wybranego narodowego rejestratora, czas potrzebny na uaktywnienie usługi może wydłużyć się nawet do kilkunastu dni.
Trzeba również pamiętać o poprawnej konfiguracji DNS-ów, które należy odpowiednio ustawić w momencie rejestracji nazwy domeny.
- Nie wszyscy muszą orientować się w zasadach funkcjonowania domen. Uzupełnienie DNS-ów może przysparzać pewnych trudności, staramy się wówczas pomóc i pokierować klientem, aby ten poprawnie skonfigurował swój nowy adres internetowy – dodaje Ewelina Jaworska.

Pojawiam się i znikam

Obecnie na świecie przydzielonych zostało ponad 240 domen narodowych, liczba ta nie jest jednak stała i, m.in. w wyniku zmian politycznych na światowej mapie, ulega ciągłym modyfikacjom. Najświeższym tego typu przykładem jest nowe rozszerzenie .ME, które jest własnością Republiki Czarnogóry. Domena ta daje szerokie pole do popisu, gdyż może być użyta do tworzenia adresów, w których będzie pełniła formę zaimka. W przypadku bałkańskiego państwa nie zastosowano żadnych ograniczeń, zawężających krąg osób uprawnionych do rejestracji domeny, w związku z czym może okazać się ona prawdziwym hitem.

Oprócz tworzenia nowych rozszerzeń, odpowiedzialny za zarządzanie domenami ICANN (Internet Corporation for Assigned Names and Numbers), co jakiś czas likwiduje również adresy, które w wyniku zmian zachodzących na świecie, nie są już potrzebne. Przykładem tego typu działań było zablokowanie w 2001 roku, przypisanej do Zairu, domeny .ZR. Państwo to zmieniło w 1997 r. nazwę na Demokratyczna Republika Konga, w związku z czym stara domena nie miała już racji bytu i została zastąpiona rozszerzeniem .CD.

Prawdziwą osobliwością na rynku domen, jest natomiast rozszerzenie .SU, które odnosiło się do Związku Radzieckiego. Mimo, że w 1991 zniknął on z map świata, „radziecka domena” wciąż jest wśród Rosjan bardzo popularna i w Sieci można znaleźć wiele „podpiętych” pod nią serwisów.

Zacznij od lustracji

Podsumowując, można zastanawiać się, czy warto w ogóle inwestować w domeny narodowe? Na pewno można spróbować znaleźć ciekawe rozszerzenie, które będzie stanowiło dobrze komponujące się uzupełnienie naszej nazwy. W takim przypadku należy wykazać się m.in. odrobiną zacięcia copywriterskiego, które pozwoli na utworzenie oryginalnego i łatwego do zapamiętania adresu. Należy również pamiętać, by po dokonaniu wyboru typu domeny, dokładnie „zlustrować” ją pod kątem ewentualnych restrykcji, wynikających z zasad ustalonych przez jej narodowego registra. Wówczas nic nie stoi na przeszkodzie, aby wejść w posiadanie niekonwencjonalnej nazwy, która stanie się naszym wyróżnikiem w Internecie. ---

Grupa Adweb Planowanie i prowadzenie kampanii promocyjnych w Internecie, kreacja wizerunku, budowanie strategii komunikacyjnej w Sieci oraz tworzenie witryn i serwisów www. ADWEB.PL 2BE.PL

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Ukradnij własną domenę

Ukradnij własną domenę

Autorem artykułu jest Grzegorz Miłkowski


Twój rejestrator związał Ci ręce regulaminem i nie możesz przenieść się ze swoją domeną gdzieś indziej? Obniżka ceny opcji na domenę otwiera furtkę przed sprytnymi internautami. Dzięki niej możliwe jest obejście regulaminowych kruczków, nakazujących przedłużenie ważności domeny w tej samej firmie. Rynek domen internetowych nie jest już niezdobytą twierdzą, do której dostęp mają tylko najzamożniejsi internauci. Od kilkunastu miesięcy trwa systematyczny proces "upowszechniania", w efekcie czego, na zakup własnej domeny stać już każdego użytkownika Internetu. Wpływ na to mają m.in. bardzo niskie ceny rejestracji domen oraz obniżanie marży za ich odnowienia przez niektórych rejestratorów.

Cena 5 x w dół

Teraz przyszedł czas na obniżkę ceny tzw. "opcji na domenę", czyli usługi umożliwiającej przechwycenie zarejestrowanej już domeny, w przypadku gdy jej obecny właściciel zrezygnuje z dalszego utrzymywania wybranego adresu. Pięciokrotne obniżenie ceny przez NASK było pewnym zaskoczeniem, gdyż nie poprzedzała ją żadna akcja informacyjna, jaka miała miejsce np. kilka miesięcy wcześnie, przy okazji zmian kosztów rejestracji domen.

Obniżka ceny usługi "opcja na domenę" może przyczynić się do strat finansowych firm rejestrujących domeny za przysłowiową złotówkę. Warunkiem "groszowych" kosztów kupna domeny jest późniejsza konieczność odnowienia jej u tego samego rejestratora, który ustala wówczas cenę odnowienia na poziomie zapewniającym mu odpowiednią rekompensatę kosztów poniesionych na początku.

Sytuacja ta może doprowadzić do zjawiska „wykradania własnych domen” - zauważa Katarzyna Gruszecka, specjalista ds. rozwoju produktu z 2BE.PL - Niska cena "opcji na domenę" pozwoli na obejście zakazu niektórych rejestratorów, który uniemożliwia przenoszenie swoich domen do innych firm. Niska cena tej usługi może zachęcić klientów do zakładania opcji na własną domenę, by "wykraść" ją i przenieść w miejsce, gdzie np. ceny odnowień są niższe.

Jak zareaguje rynek?


Od momentu pojawienia się tej informacji, na forach internetowych zawrzały burzliwe dyskusje na temat potencjału wynikającego z tak drastycznej obniżki ceny usługi. Największym beneficjentem promocji może w związku z tym okazać się NASK, gdyż dzięki tej zmianie, zainteresowanie „opcją na domeny” prawdopodobnie wzrośnie kilkukrotnie.

Być może w perspektywie doprowadzi to również do zmiany polityki cenowej NASK-u - mówi Katarzyna Gruszecka z 2BE.PL - Sprytne wykorzystanie przez niektórych opcji na domenę do przedłużania ważności swojego adresu po niższych kosztach, być może skłoni NASK do obniżenia również cen odnowień, które obecnie są znaczenie wyższe niż rejestracja.

Kowalski wygrany


Odsuwając na moment spekulacje na temat możliwości wykorzystania "opcji na domenę" przez tzw. domeniarzy, trzeba stwierdzić, że obniżka przede wszystkim otwiera drogę przysłowiowemu Kowalskiemu, np. do "odzyskania" domeny z jego nazwiskiem. Wcześniej, gdy cena wahała się w granicach 150 - 200 zł, nie każdy chciał wydać takie pieniądze, nie mając gwarancji, że inwestycja okaże się udana. Natomiast przeznaczenie na 3 - letnią inwestycję kwoty w granicach kilkudziesięciu złotych jest w granicach możliwości większości użytkowników Internetu.

Trzeba jednak zauważyć, że "opcji na domenę" nie udostępniają wszyscy rejestratorzy i nie ma jej np. w ofercie niektórych liderów polskiego rynku domenowego. ---

Grupa Adweb Planowanie i prowadzenie kampanii promocyjnych w Internecie, kreacja wizerunku, budowanie strategii komunikacyjnej w Sieci oraz tworzenie witryn i serwisów www. ADWEB.PL 2BE.PL

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Cyrograf z pułapkami

Cyrograf z pułapkami

Autorem artykułu jest Grzegorz Miłkowski


Wydawać by się mogło, że rejestracja domeny internetowej to jeden z najprostszych zakupów. Jest to jednak tylko iluzja, gdyż podobnie jak w wypadku umów podpisywanych np. operatorami sieci komórkowych, tak i tutaj możemy się natknąć na rozwiązania mniej lub bardziej korzystne dla klientów. Internet ze świata cechującego się mentalnością Dzikiego Zachodu, gdzie wszystko to, co nie zabronione prawem, jest dozwolone, powoli ewoluuje w kierunku „poukładanego państwa”, którego różne dziedziny życia są warunkowane za pomocą odpowiednich uregulowań prawnych. Zmiany te inicjują m.in. rządzący. Próbują oni opanować najbardziej dotąd anarchistyczne medium na świecie, w którym dochodzi do licznych nadużyć.

Owe nieprawidłowości nie wynikają często z braku odpowiednich uregulowań prawnych. Wręcz przeciwnie – w wielu wypadkach są efektem przemyślanej strategii, polegającej na chytrym i nie zawsze zgodnym z prawem ułożeniu regulaminu danej usługi czy serwisu sieciowego. Wiele osób nie zdaje sobie wciąż sprawy z faktu, iż decydując się na zakup czegoś w Sieci, muszą również zaakceptować zasady obowiązujące w miejscu, w którym dokonują tej transakcji. W większości wypadków klikamy po prostu przycisk Dalej, nie zapoznając się nawet z podstawowymi punktami regulaminu, nie mówiąc już o dokładnej analizie zawartych w nim treści. A ta potrafi być czasami przewrotna i przyprawić o prawdziwy zawrót głowy.

Zauroczenie może szybko prysnąć

Wydawać by się mogło, że rejestracja domeny internetowej to jeden z najprostszych zakupów – niezagrożony żadnymi ukrytymi pułapkami. Płaci się za rok użytkowania adresu, opłata nie jest zbyt wygórowana, a często można się również natknąć na promocje umożliwiające zakup swojej nazwy nawet za kilka złotych – jednym słowem: „żyć, nie umierać”. Jest to jednak tylko iluzja, gdyż podobnie jak w wypadku umów podpisywanych z dostawcami Internetu, operatorami sieci komórkowych czy innymi firmami świadczącymi na co dzień podobne usługi, tak i tutaj możemy się natknąć na rozwiązania mniej lub bardziej korzystne dla klientów. Na co więc należy zwrócić uwagę, by ustrzec się popisania czegoś na kształt cyrografu?

Przede wszystkim trzeba przyjrzeć się wszystkim kosztom ponoszonym podczas rejestracji domeny oraz znaleźć informację na temat tego, czy szumnie reklamowana promocja na pewno dotyczy produktu (czyli konkretnego typu domeny, np. .pl, .eu, regionalnej itp.), na zakup którego się zdecydowaliśmy. Może się bowiem okazać, że niska cena faktycznie obejmuje adresy z rozszerzeniem .pl, ale zawężone tylko do puli zawierających znaki diakrytyczne, czyli domeny typu IDN, cena „zwykłej peelki” jest już natomiast kilkakrotnie wyższa. Warto sprawdzić to wcześniej, gdyż często wyraźna informacja o właściwej cenie pojawia się dopiero w trakcie rejestracji, kiedy fakt ten może umknąć nieuważnemu użytkownikowi.

Pierwsza rocznica – pierwszy kryzys

Drugim ważnym czynnikiem, na który warto zwrócić uwagę, jest tzw. cena odnowienia, czyli opłata, którą będziemy musieli uiszczać za przedłużenie ważności naszej domeny po upływie pierwszego roku jej użytkowania. Tutaj niestety ceny są znacznie wyższe niż te oferowane przez rejestratorów podczas zakupu nowego adresu internetowego. Trzeba o tym pamiętać, by uniknąć niemiłego rozczarowania, gdy po roku otrzymamy list z informacją o wysokości opłaty za kolejny okres. Przed rejestracją warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasza obecność w Internecie będzie jedynie krótkotrwałą przygodą i „szybką akcją promocyjną”, czy też planujemy zostać tu trochę dłużej, czyniąc ze swojej „wirtualnej placówki” jeden z filarów naszego biznesu. Niestety, ceny odnowień domen są zależne od stawek proponowanych przez NASK, w związku z czym firmy rejestrujące je w naszym imieniu nie mają w tej kwestii wielkiego pola manewru. Jedyne, co mogą zrobić, by zaoferować atrakcyjniejsze warunki cenowe, to zrezygnować z części swojej marży (niektóre firmy tak czynią).

W celu podjęcia dobrej decyzji najlepiej przeprowadzić proste obliczenia wynikające z szacowanego czasu obecności naszej domeny w Internecie. Dla przykładu: jeżeli okres ten ma wynieść 4 lata, to przygotowujemy wzór: cena I roku + 3*(cena kolejnego roku) = cena 4 lat. Żeby nie pozostać gołosłownym, przełóżmy to na konkretne liczby. Zakładamy, że za rejestrację nowego adresu w firmie X płacimy promocyjną cenę wynoszącą 10 zł, a za kolejne lata jego użytkowania musimy zapłacić już 100 zł. Całkowity koszt utrzymania domeny przez cztery kolejne lata wyniesie wówczas 310 zł. Za ten sam okres natomiast w firmie Y, która proponuje rejestrację domeny w wyższej cenie (np. 30 zł), ale w kolejnych okresach opłata ma wynieść 75 zł, zapłacimy już tylko 255 zł. Różnicę widać gołym okiem – może nie jest ona porażająca, ale gdy ktoś planuje zakup kilku lub nawet kilkunastu domen, będzie to oszczędność, o którą warto zadbać. Trzeba po prostu pamiętać, że wszystkie „rewolucyjne” obniżki cen mają za zadanie przyciągnąć klienta, który często nie zdaje sobie sprawy ze szczegółowych zapisów znajdujących się w cenniku oraz regulaminie.

Zanim powiesz „tak”, przeczytaj regulamin

Nawet w wypadku przeświadczenia o wyborze najlepszej oferty domenowej po pewnym czasie może się zdarzyć, iż zapragniemy zmienić firmę obsługującą nasz adres. Gdy nasz adres został zarejestrowany w promocji, być może się okaże, że „przeprowadzka” nie jest wcale taka prosta i zastawiono na klientów kilka pułapek.

Według regulaminu NASK firma, w której dokonaliśmy zakupu domeny, ma obowiązek wydać nam tzw. kody authinfo nawet po kilku dniach jej użytkowania. I nierzadko w tym właśnie miejscu pojawiają się „schody”. Kupując domenę w „cenie promocyjnej”, musimy pamiętać, aby zwrócić uwagę na koszt rejestracji według standardowego cennika danej firmy. Informacja ta okaże się bardzo przydatna w wypadku chęci odstąpienia od umowy abonenckiej przed upływem okresu jej ważności. Rejestratorzy żądają wówczas wyrównania różnicy między kwotą pobraną od klienta a tą widniejącą w normalnym cenniku. Niestety, jeśli operator dodatkowo wykaże się złą wolą, może próbować interpretować swój regulamin w sposób jeszcze mniej dla nas korzystny, tj. żądać dopłacenia do wysokości ceny ustalonej przez NASK. Nie ma ścisłych przepisów regulujących tę kwestię i wszystko zależy od swobody interpretacyjnej partnera NASK-u.

Trzeba mieć jednak świadomość tego, iż należność za odstąpienie od umowy przed czasem nie może być wyższa niż „pozapromocyjna” cena domeny. Na rynku można spotkać się z opłatami karnymi, do uiszczenia których klient jest zobowiązany postanowieniami regulaminu, ale działania takie balansują już na granicy prawa. Operator ma pewną dowolność w dobieraniu nazwy dla procesu pobierania należności za zerwanie umowy, tj. może ją nazwać karą, wyrównaniem itp. Ale niezależnie od miana całościowa opłata za domenę nie może przekraczać jej standardowej ceny.

Gdy zamarzymy o wcześniejszej przeprowadzce do innej firmy, możemy również spotkać się z próbą „przykucia” klienta za pomocą zapisu nakładającego obowiązek przedłużenia u obecnego operatora ważności domeny o kolejny rok, dwa lub nawet dłużej. Wówczas dopiero po uiszczeniu odpowiedniej kwoty mamy możliwość przenosin do konkurencji. Warto więc „zlustrować” regulamin również pod kątem tego typu „usidlających” rozwiązań. Na szczęście w takim wypadku nie tracimy opłaconego okresu abonamentowego, który obowiązuje również w nowo wybranej przez nas firmie.

Kolejnym wątpliwym zapisem, na który możemy natknąć się w regulaminach, jest opis kroków podejmowanych w wypadku nieudanej rejestracji domeny. Może się zdarzyć, iż zamówiony przez klienta adres z różnych przyczyn nie będzie mógł być zarejestrowany (np. miało to często miejsce podczas rejestracji domen .eu w okresie sunrise). W takiej sytuacji operator ma obowiązek zwrócić całą kwotę klientowi bez podejmowania przez tego ostatniego żadnych formalnych kroków – innymi słowy: zwrot powinien odbywać się automatycznie. Wprowadzanie zapisów regulaminowych o częściowym zwrocie lub o konieczności występowania z pisemnym podaniem o niego są zwykłym nadużyciem.

NASK strażnikiem udanego pożycia

Na koniec warto pamiętać też o tym, że regulamin NASK-u w świecie domen stanowi swoistą „konstytucję”, której przepisy są nadrzędne nad wszystkimi rozwiązaniami „ustawowymi” stosowanymi przez firmy partnerskie. Co to oznacza? Tak jak w wypadku konstytucji, tak i tutaj przepisy zawarte w regulaminach nie mogą być sprzeczne z rozwiązaniami wprowadzonymi przez NASK. W wypadku konfliktu między nimi stosuje się zawsze regulacje zawarte w akcie wyższym, czyli „konstytucji” NASK-u.

Pamiętajmy też, że żyjemy w dobie Web 2.0, w której to zbiorowa świadomość społeczności wirtualnego świata służy często skuteczniejszą radą i pomocą niż wiele nawet najtęższych umysłów znanych nam z „realu”. Zawsze przecież przed wyborem firmy, w której zarejestrujemy domenę, można urządzić sobie wędrówkę po forach dyskusyjnych i po prostu poczytać, „co ludzie gadają”, gdyż taka wiedza jest często zdobyczą cenniejszą niż najdokładniejsza analiza regulaminu. ---

Grupa Adweb Planowanie i prowadzenie kampanii promocyjnych w Internecie, kreacja wizerunku, budowanie strategii komunikacyjnej w Sieci oraz tworzenie witryn i serwisów www. ADWEB.PL 2BE.PL

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Domena dźwignią handlu

Domena dźwignią handlu

Autorem artykułu jest Grzegorz Miłkowski


Na skuteczną promocję w Sieci niebagatelny wpływ ma odpowiedni dobór nazwy domeny internetowej. Łatwy do zapamiętania adres może w krótkim czasie przyczynić się do znaczącego przyrostu klientów. Żyjemy w medialnej rzeczywistości, zalewanej z każdej strony dziesiątkami reklam – na billboardach, w radiu, telewizji i gazetach. Od kilku lat środek ciężkości budżetów reklamodawców zaczyna przesuwać się również w kierunku Internetu. Tam bowiem można przeprowadzić kampanię tańszą i równie udaną jak w tradycyjnych mediach. Od czego zacząć, budując swój wizerunek w Internecie? Zacznij od domeny.

Maksyma „firma, której nie ma w Internecie, nie istnieje” jeszcze nie tak dawno mogła wzbudzić uśmiech na wielu twarzach, jednak dziś nie odbiega daleko od prawdy. Wiele osób, poszukując określonych towarów lub usług, zaczyna właśnie od przeglądania zasobów globalnej Sieci. Dopiero gdy ta metoda zawiedzie, poszukiwania przenoszą się na bardziej tradycyjne tory. Pokazuje to, że firmy, które mają swoje placówki również w wirtualnej rzeczywistości, zdobywają znaczną przewagę nad konkurencją. Większość osób, po znalezieniu w Sieci wizytówek interesujących ich usługodawców, zaprzestaje poszukiwań poza Internetem, ograniczając się jedynie do wyboru oferty z tych dostępnych na ekranie monitora. Jak nietrudno zgadnąć, zyski firm działających również online mogą być często kilkakrotnie wyższe niż tych stroniących od tego medium.

Domena kluczem do sukcesu

Na skuteczną promocję w Sieci niebagatelny wpływ ma odpowiedni dobór nazwy domeny internetowej. Łatwy do zapamiętania adres może w krótkim czasie przyczynić się do znaczącego przyrostu klientów.

Pomijam tu celowo kwestię wykorzystania tzw. pozycjonowania, dzięki któremu nasza witryna ma szansę znaleźć się na dobrych miejscach w wyszukiwarkach internetowych. Bezsprzecznie jest to skuteczna metoda promocji, jednakże na jej efekty nie ma wpływu jakość domeny, gdyż tak naprawdę Internauta nie musi zapamiętywać adresu, lecz po prostu kliknąć pojawiający się link.

Nazwa natomiast odgrywa znaczną rolę w kontaktach z bardziej tradycyjnymi nośnikami reklamy, jak np. billboardy czy ulotki. Wtedy odcięta od Sieci osoba nie ma możliwości kliknięcia linku bądź wpisania adresu w przeglądarce, by od razu zostać przekierowaną na odpowiednią stronę. Człowiek, będąc w stanie „offline”, musi użyć swojego własnego nośnika danych – mózgu, by przechować w nim przez pewien czas informację na temat adresu internetowego. Nie trzeba dodawać, że dla niektórych jest to niebotyczny wysiłek, którego za wszelką cenę będą starali się uniknąć. Zapamiętanie długiej i skomplikowanej nazwy, jak np. taniestolyikrzesla.rzeszow.pl, graniczy z cudem. W tym właśnie wypadku dużą rolę odgrywa trafnie dobrany adres dla serwisu internetowego. Gdy jest prosty i łatwo przyswajalny, szanse na magazynowania go przez pewien czas w ludzkiej pamięci znacznie rosną.

Literki warte miliony

Popyt na dobre domeny wpływa na kurczenie się zasobów ciekawych adresów, których nikt jeszcze nie zdążył zarejestrować. Jak nietrudno zgadnąć, sytuacja ta przyczynia się do szybkiego rozwoju wtórnego rynku, tzw. giełd domen, oraz zachęca wszelkiego rodzaju spekulantów do rejestrowania adresów, które mają szansę sprzedać z zyskiem za jakiś czas.

Na świecie dobre domeny można sprzedać za niebotyczne kwoty, sięgające nawet milionów dolarów. Dotychczas najwyżej wycenionym adresem internetowym na świecie został sex.com, który w 2006 roku zmienił właściciela za „jedyne” 14 mln dolarów. W Polsce nie doświadczyliśmy jeszcze tak spektakularnych transferów, jednakże jak na nasze warunki niektóre kwoty osiągnięte za sprzedaż „kilku literek” i tak potrafią przyprawić o zawrót głowy. Niestety, oficjalne dane nie są znane, ale podobno jedną z najdroższych polskich transakcji domenowych była sprzedaż orange.pl za 150 tys. euro.

Dobra nazwa jest warta astronomicznych pieniędzy, które wielkie koncerny są gotowe wyłożyć, by internauci trafili do nich bez zbędnych trudności. A jak powszechnie wiadomo, tam, gdzie są duże pieniądze, pojawiają się i ludzie chcący zarobić, balansując często na granicy prawa. W tym wypadku rozwinął się tzw. cybersquatting, czyli zjawisko „podkupywania” nazw firm, zanim te ostatnie zdążą je zarejestrować. Należy jednak rozróżnić dwie formy cybersquattingu: pierwsza to działanie w obrębie przepisów prawa, druga zaś polega na balansowaniu na jego granicy lub wręcz je łamiąca.

Do pierwszej grupy można zaliczyć spekulantów, którzy starają się przewidywać, jakie adresy okażą się kopalnią pieniędzy w ciągu najbliższych miesięcy czy lat – to taki cybersquatting w wersji „light”. Chodzi wówczas o rejestrowanie popularnych słów, będących w powszechnym użyciu (jak np. nazwy przedmiotów, kolorów itp.), które nie mogą zostać opatentowanym znakiem towarowym, czyli np. idea, plus, orange itd. Zwykle w wypadku popularnych słów jedyną drogą na „odzyskanie” spornego adresu internetowego jest sięgnięcie głęboko do kieszeni, po kwotę, jaką życzy sobie właściciel domeny.

Jednak niektóre firmy, niemające ugruntowanych podstaw prawnych do starania się o odzyskanie domeny oraz nieprzywiązujące większej uwagi do zasad etyki, posuwają się nawet do szantażu i zastraszania cybersquatterów. Grożą podaniem ich do sądu i gigantycznymi karami w razie nieoddania praw do danego adresu. Izabela Górniak z Biura Obsługi Klienta firmy hostingowej 2be.pl (www.2be.pl) przyznaje, iż co jakiś czas zdarza jej się odbierać e-maile lub telefony od klientów proszących o radę dotyczącą tego, co mają począć w takiej sytuacji. Można się jednak domyślać, że spora grupa osób w konfrontacji z dużą firmą ulega pod wpływem roztaczanej przed nimi wizji przykrych konsekwencji prawnych.

Drugą grupę cybersquatterów stanowią osoby, które zajmują się rejestrowaniem nazw konkretnych firm, by później za ich odsprzedanie żądać kwot przyprawiających o prawdziwy zawrót głowy. Celem padają zwykle międzynarodowe koncerny, wchodzące na rynek w nowym kraju, gdzie dotąd nie prowadziły działalności. Wówczas cybersquatterzy wykupują domeny z nazwą takiej firmy, zanim ta sama zdąży się tym zająć.

Zjawisko cybersquattingu jest obecnie na tyle poważnym problemem, iż pojawiają się specjalne rozwiązania prawne mające ukrócić ten proceder. Współcześnie firmy mają już dużo skuteczniejszą niż jeszcze kilka lat temu broń w walce z tym zjawiskiem w postaci przepisów, które pozwalają na odebranie domeny cyberrabusiowi. Wystarczy udowodnić swoje prawa do danego znaku handlowego.

Istnieje jeszcze trzecia forma działań cybersquatterów, która polega na rejestrowaniu domen z nazwiskami znanych osób – prym w tej grupie wiodą adresy z politycznym podtekstem. Wielu „wybrańców narodu” spotyka często niemiła niespodzianka, gdy się okazuje, iż domena z ich nazwiskiem prowadzi do jakiegoś sklepu (np. www.janmariarokita.pl), serwisu z niewybrednymi żartami lub w najgorszym wypadku do strony zawierającej materiały pornograficzne. Odzyskanie takiej domeny, pomijając oczywiście drogę handlową, czyli odkupienie jej od właściciela, nie jest już tak proste jak dla adresów zawierających znaki towarowe. Osoba chcąca odebrać „swój” adres musiałaby udowodnić, iż jest jedynym mieszkańcem danego kraju, który ma imię i nazwisko występujące w nazwie spornej domeny.

Każdy może zostać królem

Na powyższych przykładach widać, jak cenne może być tych kilka literek wpisywanych w przeglądarce internetowej. Nie dziwi zatem fakt tak zażartej walki o najlepsze domeny. Tworzą się nawet pewnego rodzaju „konsorcja”, które masowo wykupują adresy w nadziei na ich późniejsze odsprzedanie ze sporym zyskiem. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Również na naszym polskim podwórku mamy do czynienia z tzw. „królem domen” w osobie Wiktora Zajkiewicza – na co dzień właściciela sklepu z oponami, który zarejestrował kilka tysięcy adresów internetowych.

„Król” z okolic Łodzi nie rejestruje jednak tylko nazw oryginalnych, ale także tzw. literówki, czyli domeny łudząco podobne np. do adresów portali czy znanych firm, np. wwwgazeta.pl, czyli strona serwisu Agory, z tym że bez kropki po www. Różnica wydaje się minimalna, ale efektem tej pomyłki będzie trafienie w zupełnie inne miejsce – do sklepu, którego właścicielem jest Wiktor Zajkiewicz. Jak on sam przyznaje, tysiące wejść na jego firmową stronę to właśnie przekierowania z adresów-literówek, które są jego własnością. Warto dodać, że to „hobby” nie należy do tanich. Jak nietrudno policzyć, utrzymanie tak pokaźnej puli adresów kosztuje kilkaset tysięcy złotych rocznie. Do ich obsługi „król domen” zatrudnia też specjalnego pracownika, który ma czuwać nad przedłużaniem ważności najwartościowszych adresów, gdyż przy takiej liczbie domen nietrudno o przeoczenie i utratę jakiejś „perełki”.

Dla niektórych nawet niezbyt wyraźna wizja sporych zysków wydaje się wystarczającą zachętą do tego, by zainteresować się cybersquattingiem, zwłaszcza iż ceny domen internetowych systematycznie spadają i obecnie każdego przeciętnego Polaka stać na własny adres w Sieci. Do przeszłości należą już czasy, gdy NASK jako jedyny podmiot na rynku zajmujący się rejestracją dyktował ceny sięgające nawet kilkuset złotych. Na zmianę tej sytuacji wpłynęło oddanie rejestracji w ręce tzw. partnerów (jest ich ponad 60), czyli firm zajmujących się rejestracją domen.

Otwarcie rynku na wolną konkurencję zaowocowało pojawieniem się promocji i rabatów – czyli zachowań charakterystycznych dla wszystkich innych gałęzi wolnego rynku. Jednakże większość kart ciągle w swoim ręku trzyma NASK i to od jego decyzji cenowych zależy ewolucja oblicza rynku domenowego.

Władza absolutna

Od pewnego czasu NASK systematycznie wprowadza rabaty dla swoich partnerów. Najbliższa obniżka, wynosząca aż 95% obecnych cen, zaplanowana jest na styczeń 2008 roku. Wówczas ceny domen .pl mają spaść do 10 zł netto, a regionalnych nawet do 2,5 zł netto. Oczywiście do kwoty tej będzie trzeba doliczyć prowizję narzucaną przez providerów, czyli firmy udostępniające możliwość rejestracji klientom. Jednakże wydaje się, że i tak spowoduje to znaczne cięcia cen na naszym rynku i siła nabywcza przeciętnego Polaka w sektorze domen zbliży się do tej, jaką prezentują mieszkańcy Wielkiej Brytanii czy Niemiec.

Jednak barierą stojącą na drodze do pełni szczęścia jest ciągle cena przedłużenia ważności adresu po upływie pierwszego roku jego użytkowania. Tutaj niestety NASK pozostaje niewzruszony i za użytkowanie domeny przez kolejne lata trzeba już słono płacić – zwykle około 100 zł rocznie. Niektórzy rejestratorzy, by pozyskać klientów, we własnym zakresie próbują obniżać ceny, ograniczając swoją marżę. Dla większości osób kupno własnego adresu internetowego jest inwestycją, która służyć ma co najmniej przez kilka lat, dlatego równie ważne jest to, ile trzeba zapłacić za kolejne odnowienia. Wydaje się w związku z tym słusznym posunięciem obniżanie cen tzw. odnowień domen, a nie tylko promowanie rewelacyjnych warunków przy zakupie nowego adresu. Bartłomiej Juszczyk, prezes Agencji Interaktywnej Grupa Adweb, stwierdza: W ten sposób chcemy przekonać naszych klientów, że stabilność w świecie hostingu może tyczyć się również cen. Dla niektórych to prawdziwy szok, gdy po roku dostają fakturę za domenę na kwotę kilkakrotnie wyższą niż ta, którą zapłacili podczas rejestracji. Nie jesteśmy na rynku od wczoraj i wiemy, że nasi klienci cenią sobie stabilność, więc chcemy, aby nasze ceny również były stabilne. Niestety, dalsze obniżki zależą już tylko od decyzji cenowych podejmowanych przez NASK.

Kradzież czegoś, co fizycznie nie istnieje

Mimo pewnej stagnacji w kwestii cen za odnawianie domen jesteśmy świadkami coraz większego zagęszczenia na tym rynku. Zrodziło ono też całkiem nowe, w Polsce rzadko spotykane zjawisko, które w innych krajach jest już dosyć powszechnym procederem – kradzież domeny. Jeszcze kilkanaście lat temu kradzież czegoś, co tak naprawdę istnieje tylko na ekranie komputera, nie byłoby przez nikogo traktowane poważnie. Teraz, gdy na tym interesie można dużo zarobić, pojawiają się również oszuści, którzy w najprzeróżniejszy sposób starają się przejąć kontrolę nad wartościowymi domenami, np. poprzez włamania na konta e-mailowe właścicieli, fałszowanie dokumentów transferowych itp. Posiadacze wartościowych adresów powinni w związku z tym wykazywać się czujnością i dobrze zabezpieczać swoje wirtualne skarby, gdyż najprawdopodobniej z czasem i w naszym kraju tego typu działania będą przybierały na sile. Przeglądając polskie fora internetowe, można się już nawet natknąć na wątki, w których internauci skarżą się na osoby żądające okupu za oddanie wcześniej wyłudzonej domeny! Trzeba być świadomym faktu, iż działanie takie jest zwykłym przestępstwem i należy je natychmiast zgłosić policji oraz swojemu providerowi (czyli firmie, w której zarejestrowało się domenę).

Historia lubi się powtarzać

Jeśli się z perspektywy czasu popatrzy na rynek domen internetowych, można zauważyć, iż mamy tu do czynienia z podobną ewolucją społecznego odbioru tego zjawiska, jaka miała miejsce w wypadku przemysłu komputerowej rozrywki. Rynek mediów komputerowych swoją historią sięga początku lat 80. XX wieku. Wtedy to pojawiły się pierwsze komputery osobiste oraz proste gry. Na początku nikt nie traktował tego zjawiska poważnie, ponieważ gry tworzone były przez młodych zapaleńców w domowych warunkach. Początek profesjonalnej produkcji to przełom lat 80. i 90., jednakże ciągle traktowane one były z lekkim przymrużeniem oka jako zabawa dla pryszczatych nastolatków. Programiści, aby dodać realności swojej produkcji, musieli często nawet płacić dużym koncernom (jak np. Nike, Coca-Cola czy BMW), aby te pozwoliły na umieszczenie w nich swoich znaków towarowych.

Uległo to zmianie dopiero pod koniec lat 90., gdy gry zaczęły osiągać pozycję poważnego gracza na światowym rynku. Wówczas to koncerny same zaczęły pukać do drzwi firm deweloperskich, proponując grube miliony za umieszczenie ich logo w swoim najnowszym produkcie. Współcześnie gry komputerowe zagospodarowały już duży segment rynku i wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach staną się dominującym nośnikiem reklam. Jeszcze kilka lat temu była to sytuacja dla niektórych niewyobrażalna i zakrawająca na czystą fantastykę.

Z podobną sytuacją mamy do czynienia w wypadku domen. Adresy internetowe były na początku również traktowane jako swego rodzaju fanaberia, niemająca większego wpływu na powodzenie np. biznesu. Dopiero z czasem, gdy upowszechnieniu uległ Internet i odkryto możliwości skutecznego docierania do klientów w świecie wirtualnym, postrzeganie wartości domen uległo zasadniczej zmianie.

Co dalej?

Przyglądając się rozwojowi rynku domen internetowych, nie mamy wątpliwości, iż potencjał marketingowy tego sektora będzie doceniany przez coraz większą grupę osób. Internet jest narzędziem dużo skuteczniejszym w docieraniu do klientów niż media tradycyjne. Reklama w radiu, telewizji czy gazecie kosztuje kilkakrotnie więcej niż kampania sieciowa, nie dając przy tym gwarancji dotarcia do targetu, który interesuje nas najbardziej. Globalna Sieć w tej kwestii jest dużo bardziej elastyczna, gdyż pozwala tak pokierować akcją reklamową, by ta trafiła do interesującej nas grupy osób. Agencje reklamowe zaczynają rozumieć tę zależność, przystosowując swoje oferty również do działań w wirtualnej rzeczywistości. Jednak ciągle wiele z nich nie docenia potencjału tkwiącego w odpowiednim doborze domen internetowych, które potrafią być potężnym sojusznikiem podczas planowania kampanii w mediach. W przyszłości być może praca copywriterów nie będzie polegała już tylko na wymyślaniu ciekawych haseł reklamowych, ale również na zaproponowaniu chwytliwej i zapadającej w pamięć nazwy domeny. ---

Grupa Adweb Planowanie i prowadzenie kampanii promocyjnych w Internecie, kreacja wizerunku, budowanie strategii komunikacyjnej w Sieci oraz tworzenie witryn i serwisów www. ADWEB.PL 2BE.PL

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Lizanie cukierka przez papierek, czyli testowanie domen od podszewki

Lizanie cukierka przez papierek, czyli testowanie domen od podszewki

Autorem artykułu jest Grzegorz Miłkowski


DNT, czyli Domain Name Tasting, na polski rynek wprowadził NASK, który umożliwił za pośrednictwem swoich partnerów udostępnianie tej usługi klientom. Od 3 września 2007 r. wszyscy internauci zainteresowani posiadaniem własnej domeny mogą za symboliczną złotówkę testować jej atrakcyjność przez 14 dni. Posiadanie własnego serwisu internetowego nie jest już dziś żadnym kaprysem. Życie toczy się bowiem niemal równolegle w wirtualnej rzeczywistości i tzw. realu. To zaś prowadzi do sytuacji, w której osoby poważnie myślące o przyszłości (np. własnego biznesu) muszą zaistnieć również w globalnej Sieci. Co jednak począć, gdy mamy wątpliwości odnośnie do adresu, pod którym powinniśmy się zameldować w Internecie? Właśnie dla takich wahających się osób wprowadzono usługę testowania domen, która w założeniu ma ułatwić podjęcie decyzji o ewentualnym związku z danym adresem internetowym na dłużej.

Smakowanie domeny, czyli z czym to się je

DNT, czyli Domain Name Tasting (co dosłownie po polsku znaczy „smakowanie nazwy domeny”), na polski rynek wprowadził NASK, który umożliwił za pośrednictwem swoich partnerów udostępnianie tej usługi klientom. Od 3 września 2007 r. wszyscy internauci zainteresowani posiadaniem własnej domeny mogą za symboliczną złotówkę testować jej atrakcyjność przez 14 dni, aby po tym czasie zdecydować się bądź nie na rejestrację. Brzmi ciekawie – wiele osób z pewnością stwierdzi, że warto przed zakupem domeny „pobawić się nią chwilę”, by podjąć bardziej świadomą decyzję o zakupie wybranego adresu. Warto jednak bliżej przyjrzeć się, czy szeroko i głośno reklamowana usługa DNT jest rzeczywiście taką rewolucją w świecie hostingu.

Zanim jednak przejdę do próby przedstawienia plusów i minusów tej oferty, postaram się przybliżyć w dwóch słowach tzw. domeny DNT. Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest możliwość wypróbowania nawet 100 domen naraz. Testy trwają 14 dni, w ciągu których według założenia powinno być możliwe określenie ruchu generowanego przez domenę, a co za tym idzie – zorientowanie się w atrakcyjności i szacunkowej wartości danego adresu. Podczas tego okresu jedynymi operacjami możliwymi do wykonania są zmiany delegacji domeny oraz rejestracja na pełen okres abonamentowy. Jeśli nie zdecydujemy się na wykupienie adresu w czasie 14 dni, jest on blokowany i przechodzi do puli adresów wolnych.

Dla osób mniej zorientowanych w świecie domen internetowych oferta ta wydaje się atrakcyjna, jednakże warto również przyjrzeć się jej funkcjonalności, obdzierając z polukrowanej otoczki marketingu. Uwagę przykuwają przede wszystkim narzucone ograniczenia, m.in. zawężające kontrolę nad adresem tylko do zmiany jego delegacji (delegacja domeny to wskazanie serwera nazw, który powinien obsługiwać daną domenę), jak i te wynikające z krótkiego czasu testów. I ta druga grupa ograniczeń wydaje się kluczowa, jeśli chodzi o próbę oceny przydatności usługi DNT.

Zabawa w głuchy telefon

Żeby sprawdzić potencjalną atrakcyjność testowanej domeny, trzeba ją najpierw wypromować, gdyż bez tego nawet najlepsza nazwa pozostanie nikomu nieznanym adresem ulokowanym gdzieś na rubieżach Sieci. Jak to najlepiej zrobić w czasie kilkunastu dni testów? Można np. wykorzystać sprawdzoną metodę „głuchego telefonu”, czyli rozpuścić wieści wśród znajomych o naszym nowym nabytku, liczyć na to, że ktoś przekaże dalej, i wszystko zacznie się jakoś samo kręcić. Uruchomienie takiego „perpetuum mobile” wymaga jednak posiadania pod danym adresem atrakcyjnego serwisu, gdyż nikt nie zechce odwiedzić miejsca (a później jeszcze zapraszać do niego innych), gdzie znajduje się pusta lub nieciekawa witryna. Trzeba też pamiętać, iż ta metoda to tak naprawdę sztuczne generowanie ruchu, a nie realne sprawdzenie atrakcyjności naszej domeny. Tu wszystko zależy od liczby kontaktów w książce adresowej i ewentualnej chęci naszych znajomych do współpracy. W żadnym więc razie nie może być mowy o miarodajności tej metody i próbach szacowania na jej podstawie rzeczywistej atrakcyjności adresu.
Szybka droga na szczyt i bolesny upadek

Czas więc sięgnąć po sposób bardziej naukowy, czyli skorzystanie z usług firmy pozycjonującej. Nie jest to metoda tania, niemniej rejestrując własny adres w Internecie, warto zainwestować w pozycjonowanie strony, dzięki czemu dany serwis ma szansę pojawiać się na atrakcyjniejszej pozycji w wyszukiwarkach. Zwrócić trzeba uwagę na fakt, iż to rozwiązanie jest skuteczne tylko w wypadku planów dłuższej ekspansji w wirtualnym świecie, a nie podczas krótkiej (czternastodniowej) wycieczki. Proces pozycjonowania jest żmudny, wymagający czasu i cierpliwości. Pomijam tu kwestię nieuczciwych praktyk w tej branży, dzięki którym można błyskawicznie osiągnąć rewelacyjne wyniki. Warto jednak wiedzieć, że mechanizmy „obronne” wyszukiwarek, takich jak np. Google, są już na tyle zaawansowane, iż serwis korzystający z nieetycznych metod pozycjonowania jest bardzo szybko wykrywany i wpisywany na czarną listę, przez co w ogóle przestaje pojawiać się w indeksach stron. W ten prosty sposób można daną domenę skazać nawet na dożywotnią banicję poza indeksami wyszukiwarek. Niestety, wypozycjonowanie strony internetowej za pomocą ogólnie akceptowanych metod, tak aby znalazła się na odpowiednio wysokiej pozycji w wyszukiwarkach w ciągu zaledwie kilku dni, jest niemal niemożliwe.

Reklama dźwignią handlu

Co zatem począć? Można próbować ratować sytuację poprzez wykupienie banerów reklamowych bądź wymianę linków z innymi serwisami. Jednakże nawet najbardziej atrakcyjny baner nie zweryfikuje naszej wiedzy na temat „atrakcyjności” testowanej domeny. Klikający reklamę graficzną umieszczoną w Internecie nie zwracają uwagi na adres docelowy – po prostu zostają automatycznie przekierowani w odpowiednie miejsce. Rozwiązanie to nie może w związku z tym pełnić funkcji „papierka lakmusowego” do sprawdzenia atrakcyjności domeny. Oczywiście, strona, na którą przenosi internautów baner, może być efektowna i zachęcająca do powrotu, ale będzie to zasługa właśnie tego serwisu, a nie dobrze dobranej nazwy.

Z czym do ludzi?

Dla kogo przeznaczona jest więc oferta testowania domen internetowych? Może ona zainteresować laików niemających dotychczas styczności ze światem domen, chcących po prostu tanim kosztem sprawdzić, „o co w tym wszystkim chodzi”, bez wikłania się w długoterminowe zobowiązania. Jeśli przejrzymy różne fora internetowe, które poruszają tematykę hostingu i domen, zobaczymy zainteresowanie zagadnieniem DNT wśród tzw. domeniarzy, czyli osób zawodowo związanych z tym sektorem rynku, dla których usługa Domain Name Tasting stała się swoistym poligonem doświadczalnym.

Są to jednak niewielkie grupy, niebędące głównym „targetem”, dla którego została przygotowana oferta DNT. W założeniu miała się ona przyczynić do rozkręcenia karuzeli rejestracji domen głównie wśród małych i średnich firm, by te mogły dobrać najlepszą domenę do profilu działalności swojego biznesu, a następnie związać się już standardowym, rocznym abonamentem z daną firmą hostingową. DNT być może jest ciekawą i nowatorską usługą, jednakże całkowicie nieprzystającą do zapotrzebowania rynku. Aby skutecznie wypromować serwis internetowy, potrzeba czasu i cierpliwości – nie jest możliwe osiągnięcie tego celu w ciągu zaledwie 14 dni. Wydatek rzędu kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu złotych za roczną rejestrację domeny nie jest obciążeniem finansowym, którego nie mogłaby ponieść nawet skromna firma. Jednakże w czasie tych 12 miesięcy możliwe jest już zorientowanie się w możliwościach oferowanych przez wykupiony adres internetowy, co pozwoli na podjęcie w przyszłości decyzji o ewentualnej jego zmianie lub przedłużeniu ważności.

O małej popularności usługi DNT może świadczyć również umiarkowane zainteresowanie partnerów NASK udostępnianiem tej oferty swoim klientom. W chwili, kiedy piszę te słowa, na ten krok zdecydowało się zaledwie osiem firm. O sensie testowania domeny przed jej rejestracją każdy zainteresowany musi zadecydować sam. Warto postawić sobie jednak pytanie, czego użytecznego o domenie jestem w stanie się dowiedzieć w ciągu tych 14 dni. ---

Grupa Adweb Planowanie i prowadzenie kampanii promocyjnych w Internecie, kreacja wizerunku, budowanie strategii komunikacyjnej w Sieci oraz tworzenie witryn i serwisów www. ADWEB.PL 2BE.PL

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl